Ostatnimi czasy można przeczytać w necie (choć w telewizji nie uświadczyłem o tym wzmianki... ale może za mało oglądam)o aferze pod roboczą nazwą "Climategate" - w skrócie polega ona na tym że z Hadley Climatic Research Unit, brytyjskiego instytutu zajmującego się klimatologią, wykradziono korespondencję między ludźmi zajmującymi się badaniami. Z wykradzionych treści wynika, że komuś bardzo zależy na uprawdopodobnienia "globalnego ocieplenia" za wszelką cenę, nawet jeśli będzie to związane z , nazwijmy to, dostosowywaniem wyników badań do potrzeb założonej tezy. Czytając to, nie mogłem powstrzymać się od przypomnienia sobie pewnego epizodu sprzed jakichś dwóch miesięcy...
Pewnego pięknego dnia, właściwie już wieczora, włączenie - jak najbardziej ekologicznej - "żarówki"* zamiast łagodnego światła zaowocowało mrugnięciem, cichym stuknięciem i wywaleniem korków. Westchnałem ciężko nad tym faktem, jeszcze ciężej nad tym, że mimo obiecywanych ośmiu lat pracy i ostrożnego użytkowania (włączenia/wyłączenia nie więcej jak 4-5 razy dziennie) już po niecałych dwóch latach przyszło mi wymienić ją na nową... Cóż miałem jednak robić, wyłączyłem, wykręciłem, wkręciłem starą , tradycyjną 75 watową i zająłem się swoimi sprawami.
Następnego dnia rano, gnany chęcią zrobienia czegoś dla Matki Ziemi , wybrałem się do sklepu oświetleniowego z ową przepaloną żarówką, by zakupić nową a stara trafiła w miejsce gdzie ptaszki i rybki nie będą zmuszone rozkoszować się jej resztkami. Lekkim, wesołym krokiem wszedłem do sklepu...
Kupno nowej nie stanowiło specjalnych trudności, jednak na pytanie co zrobić ze starą sprzedwczyni rozłożyła ręce. Sklep nie miał, jak się okazało, obowiązku przyjmować zużytych świetlówek. Na pytanie zaś , gdzie można takową oddać, odpowiedziała bezradnie - "może w Urzędzie Miasta, tam zbierają baterie...".
Jako że ekologiczna żarówka zawiera prócz elektroniki zapłonowej także metale ciężkie jak rtęć i bar - zapewne wszystko to też jest "ekologiczne", ale mimo wszystko nie uśmiechała mi się perspektywa ekspediowania tego na wysypisko śmieci - poszedłem do owego Urzędu Miasta, znajdującego się szczęśliwie niecałe 200 metrów od owego sklepu. Dochodząc tam, uświadomiłem sobie, że z zafrasowania zapomniałem o owej nieszczęsnej żarówce. Wróciłem więc po nią... a pani za ladą z uśmiechem ulgi wyciągnęła ów kłopotliwy przedmiot ze śmietnika gdzie zdążył już w czasie mojej krótkiej nieobecności wylądować.
Przeprosiłem za kłopot i wyruszyłem do Urzędu, gdzie okazało się ze przyjmują tutaj jedynie zużyte baterie a o świetlówkach mowy nie było. Skierowano mnie jednak do wydziału ochrony środowiska, gdzie też się udałem. Niestety, wizyta, prócz kilku minut miłej rozmowy i potężnego guza na głowie (wejście nie było przewidziane dla osób powyżej 180 cm wzrostu) nie przyniosła rozwiązania owej sytuacji, podziękowano mi tylko za zwrócenie uwagi na ów problem. Po wyrażeniu zdziwienia, że choć o świetlówkach i ich składzie, jak również o wycofywaniu tradycyjnych żarówek głośno było od ponad roku - to nasi spece z Unii nie przewidzieli żadnych porad dotyczących ich utylizacji - wyszedłem do miasta szukać dalej miejsca spoczynku dla owego urządzenia.
Po dwóch godzinach szukałem dalej. Powoli trafiał mnie szlag - było zimno, padał deszcz, a nie najlepiej się czułem. Jak jutrzenkę nadziei przywitałem więc wiadomość, że niedaleko mojego domu znajduje się hurtownia art. elektrycznych i tam zapewne zajmą się moim problemem. Ku nieopisanej radości okazało się że jest to prawda - żarówkę zabrano i obiecano że trafi do utylizacji.
Może i tak będzie. Może mówili prawdę, może też firma zajmująca się utylizowaniem owych żarówek stara się to robić uczciwie, a nie zakopując problem. Może ta historia ma szczęśliwy koniec...
Nie daje mi jednak spokoju jedna sprawa. Jak wspominałem pani w Urzędzie Miasta, o tym, że niedługo zostaniemy przymuszeni do kupowania takowych świetlówek, wiadomo było od dawna. Same świetlówki są na naszym rynku powszechne od co najmniej kilku lat. Mimo to jednak, jeśli chodzi o zabezpieczenie środowiska przed ich resztkami, dalej jesteśmy w lesie...
... ale wiadomo, w modzie jest CO2, nie rtęć.
poniedziałek, 7 grudnia 2009
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)